-Ojejku, Amber tak mi przykro!-przytuliłam przełożoną.-To nie była twoja wina!
-A właśnie, że tak! Może gdybym nie traciła czasu na obściskiwanie się z ordynatorem jeszcze by żyła!-zaszlochała mi w ramię.
-To nie twoja wina...jesteś tylko człowiekiem-powtórzyłam słowa ordynatora.-Chodź do mojego pokoju. Jeśli jesteś w stanie, wszystko mi opowiedz.
Kiedy dowiedziałam się co się stało zaczęłam bez słowa przytulać przyjaciółkę.
-Zostając lekarzem musiałaś się na to przygotować-szepnęłam.-A teraz powinnaś się wyspać. Poczekaj, dam ci coś na sen.
Puściłam ją i wyciągnęłam z szuflady melisę.
-Possij to, zadziała. W szpitalu postaram się, żebyś przyszła później.
~~*~~
Była 7 rano, a Amber nie było. To dobrze-mogła dłużej pospać. Ja za to miałam więcej pracy.
Moja przełożona pojawiła się po 8.
-Dzięki ci Lil za to-uśmiechnęła się.-Mam nadzieję, że rodzice dziewczynki nie mają do mnie pretensji?
-Nie, co prawda rozpaczali, ale trafili nam się rozsądni ludzie-powiedzieli, że chcą, abyś była na pogrzebie.
Kobieta zbladła.
-Dasz radę-poklepałam ją po plecach-Pogrzeb pojutrze o 16.
~~*~~
-I jak było?-spytałam.
-Okropnie-szepnęła i padła na kanapę w pokoju lekarzy.
-Nie przesadzaj.
-Nie przesadzam. Nie moglam opanować spazmów. Byłam w gorszym stanie niż mama małej.
-To świadczy o empatyczności-postanowiłam jej trochę dokuczyć, żeby rozluźnić atmosferę-Może pójdziesz do pana ordynatora po pociechę?
Podziałało. Wystawiła mi język, ale uśmiechnęła się.
-Widzisz, jak ja o ciebie dbam? Jeszcze trochę, a zostaniesz rozpieszczoną lekarzynką. Szturchnęła mnie.
Amber?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz